organizacja,  przemyślenia

Prowadzenie domu

Prowadzenie domu – brzmi rodem z dawnej epoki, kiedy klucze w dłoni dzierżyły zacne i surowe gospodynie domowe. Wydawały rozkazy strwożonym kuchcikom, kuchennym, lokajom i pokojowym i dzień po dniu zaprowadzały porządek. Dzisiaj prowadzenie domu głównie przypisywane jest tym kobietom, które nie pracują zawodowo. Ale to tylko trochę prawda.

Prowadzenie domu to sztuka,
uporządkowanego, zaplanowanego systemu zarządzania, a nie doraźnego gaszenia pożarów (zamów pizzę, bo pusta lodówka albo rany boskie goście idą, a tu bałagan), który sprawia, że wszystko ma swoje miejsce i jest na swoim miejscu, że w szafkach są potrzebne produkty, a lodówka nie świeci ani pustkami, ani nadmiarem niepotrzebnej żywności. Że rzeczy służą, a nie są (również wyłącznie naszemu poczuciu estetyki), a będąc nie straszą plamami, dziurkami, zniszczeniami, obtarciami. Że w czerwcu w misach znajduję czerwienie truskawek, a we wrześniu fiolety śliwek. Że dom ma swój rytm, wyznaczany naszymi potrzebami i wymaganiami pór roku.

Ja nie prowadzę takiego domu, ale i na szczęście rzadko kiedy gaszę pożary. Jestem gdzieś bliżej racjonalnego planowania i dbania o codzienny ład. Przestaje mi to wystarczać.

Dawniej,
gdy byłam dzieckiem prace domowe miały swoje cykle tygodniowe. Duże sprzątania oraz pranie odbywały się wyłącznie w soboty. Pobudka następowała zwykle o godz. 8:00, każdy miał przydzielone określone zadania i najczęściej w południe dom lśnił od pasty do podłogi. Porządki były prawdziwie generalne: w szafkach, szufladach, zmiany pościeli. W ciągu tygodnia zdarzały się ręczne drobne przepierki, często w ruch szedł odkurzacz (owczarek niemiecki!). Miało to swoje niewątpliwe zalety: gość mógł się zjawić o każdej porze i nigdy nikt nie wpadał w popłoch, rzeczy miały swoje miejsca, a taki cotygodniowy rygor sprzątaniowy kropelka po kropelce drążył w nas potrzebę porządku takiego codziennego, aby jak najkrócej musieć zajmować się nim w soboty.

A potem
zarzuciłam to natychmiast wraz z wyprowadzką. Zakochałam się w wolności sprzątania, kiedy chcę, włączania pralki, kiedy chcę, jedzenia na telefon, bo mogę (w rodzinnym domu było to nie do pomyślenia). Mogłam wszystko, kiedy chciałam. Oczywiście zamiłowania do porządku i czystości się nie pozbyłam, ale przez wiele lat nie chcąc sprzątać w te przysłowiowe soboty, właściwie sprzątałam codziennie. Pranie suszyło się prawie nieustannie. Rzeczy nie zawsze trafiały na swoje miejsce. A czasami było ich zwyczajnie za dużo.

Teraz
jeszcze nie jest bardzo dobrze. Nie tak, jak chciałabym, aby było. Choć remont kuchni pokazał, że nie trzymam w domu zbyt wielu zbędnych rzeczy, to jednak pozbyłam się co poniektórych przydasiów, a rzeczy zwykłe zamieniłam na dla nas wyjątkowe. Jednocześnie z większą dozą krytycyzmu spojrzałam na resztę mojego mieszkania. Na to co mam, ale i oczyma wyobraźni na to, czego nie mam.

 

 

Niedługo,
będę tworzyć plan prowadzenia domu. Najpierw zastanowię się, co i kiedy chciałabym robić w poszczególne dni, biorąc pod uwagę rytm tygodnia (czwartki są dla mnie zawsze najtrudniejsze). I chyba przetestuję sobotnie porządki, choć wiem, że na początku może nie będzie łatwo. Na pewno mam dosyć codziennego sprzątania, wykraczającego poza to oczywiste: zostawiania porządku po sobie w kuchni, na biurku, w łazience; odkładania rzeczy na miejsce. Koniec z praniem w środku tygodnia (na początku tygodnia, na koniec tygodnia), koniec z ciężkimi niezaplanowanymi zakupami, koniec z brakiem systematyczności. Tylko tyle i aż tyle.

Już dzisiaj nie czuję, że odbiorę sobie wolność, ale wręcz przeciwnie. To dom daje mi wolność.

#wrzesień